18 lutego 2013

A może tak od początku ?.


- Niech to szlag... - zaklął pod nosem - O niczym innym nie marzyłem... - dodał zirytowany. Plastikowa nakrętka, kilkakrotnie odbijając się od kamiennej posadzki, potoczyła się w kąt zakonnej celi. Syntetyczny klej, który jeszcze kilka sekund wcześniej dokładnie ją wypełniał, teraz tworząc surrealistyczną plamę, stał się wątpliwą ozdobą sutanny.
- Spokojnie, tylko spokojnie... - powtarzał w myślach, próbując za wszelką cenę powstrzymać drżenie rąk. Energicznym szarpnięciem rozpiął kilka guzików sutanny, chwytając za dolną jej krawędź wprawnym ruchem przerzucił przez głowę i uwalniając ręce z rękawów, odrzucił na metalowe łóżko. Nawet nie zauważył, że pektorał podtrzymujący koloratkę upadł na posadzkę. Właściwie czynność tę powinien był wykonać zanim zaczął cokolwiek robić, ale podekscytowanie towarzyszące mu tego dnia wzięło górę, nie pozwalając skupić się na detalach. Dopiero rozlany klej dał impuls do opanowania emocji i działania zgodnie z założonym wcześniej planem.
Z jednej strony wiedział, że na realizację planu nie ma zbyt wiele czasu, z drugiej chciał mieć to wreszcie za sobą. Za bardzo go to wszystko stresowało, poza tym, duże nadzieje wiązał z jego realizacją i byłoby dużą stratą w jego odczuciu, gdyby w porę nie zdążył. Mimo to zdawał sobie sprawę, że w tym momencie pośpiech nie jest najlepszym, a dokładnie rzecz biorąc żadnym wyjściem.
Otworzył kolejną tubkę kleju. „Promocje to czasem dobra sprawa...gdyby nie te trzy tubki w cenie jednej... byłbym teraz...” pomyślał napełniając podniesioną z podłogi nakrętkę. Tym razem trzymał ją mocno, trochę pomagały mu w tym pobrudzone klejem palce, co jak się okazało nie było zbyt dobrym rozwiązaniem, gdy następnie chciał postawić nakrętkę na stole. Na szczęście palce nie przywarły na tyle, by nie można było oderwać ich od nakrętki. Poczekał chwilę, aż resztki kleju na palcach stężeją, po czym delikatnie wziął stojący kubek i zbliżył go do nakrętki. Opary kleju powoli lecz systematycznie zaczęły odkrywać to na co czekał. Uśmiechnął się lekko widząc, jak ślady linii papilarnych tutejszego skryptariusza stają się coraz bardziej wyraźne. Ostra woń kleju wypełniała coraz bardziej celę, drażniąc zarówno nos, jak i oczy, dając przy okazji gorzki posmak w ustach. Lepiej chyba nie będzie... - stwierdził wrzucając nakrętkę do metalowego pudełka po jedynych w swoim rodzaju karmelkach, sporządzanych w tutejszym klasztorze.
Przemył ręce odrobiną ziołowej nalewki, grymas, który pojawił się na jego twarzy mógł świadczyć jedynie o wewnętrznej walce. Jakkolwiek zabieg ten był konieczny, to marnotrawstwo zawsze pozostaje marnotrawstwem. Szybko uporał się z negatywnymi emocjami, jakie się pojawiły w związku z nietypowym wykorzystaniem trunku, którego smak i aromat ceniony jest wszędzie tam, gdzie choć raz go kosztowano. Z pewnością, spokój wewnętrzny pojawił się tylko dlatego, że uronione parę mililitrów nalewki, w założeniu miało ochronić jego lustrzankę przed zgubnymi skutkami spotkania z klejem. Obmywszy ręce, wyjął ją delikatnie ze starej szafy i rozglądając się po celi stwierdził, że stopień natężenia światła jest przynajmniej niezadowalający. Na szczęście, kiedy rano robił zakupy w markecie pomyślał i o tym. Energooszczędna, spiralna świetlówka Philipsa może nie była zbyt tania, ale za to miała moc 145 watów, co powinno wystarczyć na wykonanie dobrego zdjęcia, które będzie mogło być wykorzystane w dalszej części realizacji planu. „Dobrze, że jej moc znamionowa to tylko 32 waty, bo inaczej znowu dopaść by mnie mogły jakieś wewnętrzne rozterki, gdyż nie byłoby po chrześcijańsku narażać gościnnych braciszków na ponadplanowe wydatki” - pomyślał, dokonując zamiany starej żarówki na nową.
- No teraz to będzie iluminacja...żeby tylko żadnemu z braciszków nie przyszło do głowy, że to jakiś niebiański blask towarzyszący objawieniom – roześmiał się na samą myśl, jednocześnie balansując na stołku ustawionym na stole, w celu wymiany źródła światła w wysokiej celi.
- Profesjonalnie... - westchnął patrząc na uwieczniony na fotografii odcisk palca brata skryptariusza. Ślady linii papilarnych wyraźnie odcinały się od tła. „Nie będę miał zbyt wiele pracy przy obróbce” - przemknęło mu przez myśl, kiedy podłączał aparat do swojego laptopa. W istocie niewielki retusz sprawił, że ślad palca idealnie nadawał się do druku. Trójwymiarowy wydruk spełniał założone oczekiwania. Ostrożnie naniósł nań klej stolarski. Mimo że wydawał się być dużo spokojniejszy niż kilkanaście minut wcześniej, to oczekiwanie na stężenie kleju zdawało się temu przeczyć. Czas dłużył się niemiłosiernie. Znów wróciło to dziwne uczucie, będące wypadkową podniecenia, euforii i lęku. Czuł jak serce nagle zaczęło mocniej i szybciej pracować, do tego stopnia, że odczuwał ból. Uspokajał się, korzystając z wiedzy wyniesionej ze szkoły medycznej, że to tylko wina zaburzonego oddechu, który rzeczywiście stał się krótki i płytki. „W sumie to nawet dobrze, taki oddech zwiększa ilość tlenu we krwi” pomyślał. Jednak spierzchnięte usta i wyschnięta śluzówka nosa dawały jasny sygnał, że nie tylko on psychicznie źle radzi sobie z sytuacjami stresowymi, ale i sam organizm nie jest w stanie podołać procesom fizjologicznym zachodzącym pod jego wpływem. Nerwowo chodził po celi, przysiadając co chwilę i gwałtownie się podrywając. Na szczęście klej w końcu zamienił się w elastyczną błonę. Delikatnie oderwał ją od folii z trójwymiarowym wydrukiem, odciął nadmiar dookoła śladu i przymierzył do swojego palca.
- Idealnie... Taadaam... Sezamie otwórz się – nie był w stanie powstrzymać emocji. Oby tylko wszystko zadziałało w odpowiednim momencie.

3 lutego 2013

I tylko kamienne gargulce, z wysokości dzwonnicy Notre Dame , patrzyły na nich , jakby nie dowierzając , że są niemymi świadkami czegoś , na 
 co warto  było czekać stulecia ....











***********************************************



 Hiszpania'12

1 lutego 2013

Nowy etap ♥

A więc, zaczynam nowy etap swojego życie ....
A tutaj fragment mojej ulubionej książki z bloga: trawawszedziejestzielona.blogspot.com


****************************************



- A nasze marzenia? - Nadia przechyliła głowę i lekko przymrużyła oczy. Pomimo półmroku wypełniającego klasztorne krużganki otaczające, rozsiewający woń wiosennych kwiatów wirydarz, nie było czymś trudnym dostrzec, że stały się one teraz bardzo błyszczące. - Zapomniałeś o naszych marzeniach?
Wiktor nadal nie mógł uwierzyć w to, czego właśnie był uczestnikiem. On i Nadia znowu razem... Nawet nie próbował określić tego uczucia, które nim zawładnęło, na pewno nie była to eksplozja radości, jaką sobie wiele razy wyobrażał. Nie, żeby się nie cieszył, bo radość była naprawdę wielka, ale szok, a nawet pewien rodzaj przerażenia skutecznie tłumiły ten ogień, który powoduje eksplozję uczuć i niekontrolowaną euforię. Wprawdzie pierwsze zaskoczenie już powoli minęło, niemniej nadal miał wrażenie, że śni jeden z tych snów, w których Nadia powracała wraz z tym, co stanowiło ich mały świat. Stał jak sparaliżowany, bojąc się powiedzieć cokolwiek, jakby w obawie, że jego słowa przerwą ten sen i nastąpi kolejne bolesne przebudzenie a wraz z nim powrót do rzeczywistości, która brutalnie potwierdzała fakt jej śmierci. Ale teraz wszystko mówiło, że jest  inaczej, że nie jest to bynajmniej mglista mrzonka czy kolejne kłamstwo... Powoli, nie bez oporów docierało do niego, że stając twarzą w twarz z Nadią, stanął w obliczu wielkiej prawdy...
- Wiktor, musisz uwierzyć... Ja już wiem, co się wtedy stało...wiem dlaczego mnie nie szukałeś... ale wierz mi żyłeś kłamstwem, które ci podali... Mnie nikt nie chciał powiedzieć, co się z tobą działo, a ja byłam taka bezbronna i bezradna wobec nich...- podeszła bliżej jakby chciała sprowokować ten moment, w którym weźmie ją w ramiona i mocno przytuli. Jak dawniej... - Zapomniałeś o naszych marzeniach - bardziej stwierdziła jak zapytała.
- Nie... To nie tak, niczego nie zapomniałem. Wiesz, że marzenie, które stanie się twoim, nigdy nie da ci spokoju. Nadia... ty właśnie jesteś tym marzeniem. Pamiętam wszystko dokładnie, pamiętam te nasze plany i marzenia... - uśmiechnął się bardziej do wspomnień jak do niej, w obawie, że zniknie - A skoro o nich mówimy, znaczy wciąż są nasze.
- No, udało się je ocalić... Spójrz tam - wskazała na skąpany w kwiatach wirydarz - jesteśmy jakby wewnątrz naszej wyobraźni, czy to nie jest ten nasz mały świat? Pamiętasz, zawsze porównywaliśmy do cudownego ogrodu, gdzie tylko ty i ja - mówiła szybko ze znaną mu egzaltacją w głosie - Myślisz, że jeszcze mamy szansę...? - dodała już spokojnie i cicho, jakby obawiając się swoich myśli. Z tej też przyczyny zapewne zostawiła to zdanie otwartym.
Wiktor delikatnie wziął dłoń Nadii w swoje ręce.
- Wiesz... -
- Tylko nie mów, że u Ciebie nic się nie zmieniło. Proszę... Wiesz, że nigdy tego nie lubiłam...- uprzedziła Nadia
- Wiem, wiem..., ale wyobraź sobie, że tak właśnie jest... Nic się nie zmieniło...
- Oszukujesz się, Wiktor - głos Nadii przybrał jeszcze poważniejszy ton - wszystko się zmieniło, wszystko rozumiesz? My się zmieniliśmy... i nie będzie przesadzone, że nawet nauczyliśmy się jakoś żyć bez siebie...
- Może, ale tylko troszkę... No i wciąż mamy nasze marzenia...
- Mamy marzenia - powtórzyła i po raz pierwszy delikatnie się uśmiechnęła.