29 marca 2013

Najtrudniejsze zawsze są początki ....

Owszem, jestem tego pewien...
Myślisz, że kto pisze powieści? Normalni ludzie, którzy chcą opowiedzieć coś, komuś, po prostu i naprawdę. Nawet jeżeli historia jest od pierwszej do ostatniej litery wymyślona... 
Jaka będzie ta moja opowieść? Prawdziwa... Ty i ja, uczynimy ją prawdziwą.
Nie, z pewnością to nie będzie jałowy opis naszej historii... chociaż nie można zaprzeczyć, że jest wyjątkowa. Ale pozwolę sobie z naszej historii użyczyć choć trochę naszym bohaterom, aby tchnąć w nich życie i prawdę.
Nadia i Wiktor... Tak, to będą właściwe imiona.
Wiem, wiem... Ona i on. Najprostszy schemat. Ale, czyż nie takie jest życie? Z nami też nie było inaczej, bo nie mogło. Odwieczny schemat, plan, układ... Skoro powieść ma ukazać życie, to nie można opowiadanej historii od niego odrywać.
No i  tu Cię zaskoczę, nieskromnie powiem, że nie ostatni raz. Zawsze jest tak, że opisuje się jego historię w oderwaniu od jej historii, ale tak, aby w pewnym momencie znalazły swój punkt styku, przecięcia... Spotkanie, które przez sto i więcej stron jest odwlekane, jednocześnie jest nieuniknione, bo jest kluczowym momentem powieści, wywraca świat głównych bohaterów do góry nogami i stanowi przełom w ich życiu, które jak się okazuje dopiero nabiera barw...
W mojej... naszej powieści, spotkanie będzie raczej powrotem do utraconego wcześniej świata pełnego kolorów.
Mówiłem już, że nie chcę uciekać od naszych wspomnień...
Najważniejszy jest początek. Ktoś powiedział, że najważniejsze jest pierwsze słowo... mocne, dobitnie wypowiedziane, które potrafi przyciągnąć uwagę czytelnika...
Tak uśmiecham się, bo właśnie skojarzyłem, że takim mocnym słowem mogłoby być..."kurwa". Kontrowersyjne, przyciąga uwagę, mocne w swoim wyrazie... No, ale to byłoby zbyt proste rozwiązanie, nawet prostackie. A może "niech to szlag"? Tylko kto tak dziś się wyraża?
Masz rację, tak mógłby się wyrażać Wiktor... Mógłby, gdyby to nie było domeną książkowych, ugrzecznionych bohaterów. A może "no zajebiście" byłoby w porządku? W końcu słowo to wdarło się do potocznego języka i coraz mniej ludzi razi, a brzmi dość przekonująco...
Niech tak zostanie... A zatem...
- No zajebiście... - powiedział z przekąsem - O niczym innym nie marzyłem... - zirytowany zerwał się na równe nogi.
Nieźle. Myślisz, że to dobry początek? Wiem, że trzeba wyjaśnić przyczynę owej irytacji...
Plastikowa nakrętka, kilkakrotnie odbijając się od kamiennej posadzki, potoczyła się w kąt zakonnej celi. Syntetyczny klej, który jeszcze kilka sekund wcześniej dokładnie ją wypełniał, teraz tworząc pokaźną plamę, stał się wątpliwą ozdobą sutanny.
No tak, wszystko zaczyna się w klasztorze. Lubię klasztory, tę aurę tajemniczości, która je otacza... To wymarzone miejsca na scenerię ciekawej historii... W dodatku ksiądz...to może naprawdę przykuć uwagę, a przecież o to chodzi... Bardziej wtajemniczony czytelnik zauważy też, że ksiądz, sutanna, trochę mało współgra z klasztorną celą. Bardziej na miejscu byłby tu mnich w habicie. Co zatem robi ksiądz w klasztorze? Na przykład odprawia pokutę. Częstą praktyką jest, że biskupi wysyłają tych bardziej krnąbrnych i po przejściach, do klasztoru, aby tam mieli czas i możliwość przemyślenia swojego życia, odbiegającego od ideału.
Tak. Wiktor odprawia pokutę w klasztorze. Później będzie o tym dlaczego... No, Ty się domyślasz... tak, znasz w końcu naszą historię... Tyle tylko, że ja nie powiedziałem, że akurat to podarowałem Wiktorowi ze swojego życia...
- Spokojnie, tylko spokojnie... - powtarzał w myślach, próbując za wszelką cenę powstrzymać drżenie rąk. Energicznym szarpnięciem rozpiął kilka guzików sutanny, chwytając za dolną jej krawędź wprawnym ruchem przerzucił przez głowę i uwalniając ręce z rękawów, odrzucił na metalowe łóżko. Nawet nie zauważył, że pektorał podtrzymujący koloratkę upadł na posadzkę. Właściwie czynność tę powinien był wykonać zanim zaczął cokolwiek robić, ale podekscytowanie towarzyszące mu tego dnia wzięło górę, nie pozwalając skupić się na detalach. Dopiero rozlany klej dał impuls do opanowania emocji i działania zgodnie z założonym wcześniej planem.
No, to jest początek dopiero... Poza tym ważna jest, ta aura tajemnicy. Wiktor ma do zrealizowania pewien plan... Ten plan przejmie w tej historii role wspomnianego wcześniej spotkania. To on wywróci wszystko do góry nogami. Wystarczy.
Z jednej strony wiedział, że na realizację planu nie ma zbyt wiele czasu, z drugiej chciał mieć to wreszcie za sobą. Za bardzo go to wszystko stresowało, poza tym, duże nadzieje wiązał z jego realizacją i byłoby dużą stratą w jego odczuciu, gdyby w porę nie zdążył. Mimo to zdawał sobie sprawę, że w tym momencie pośpiech nie jest najlepszym, a dokładnie rzecz biorąc żadnym wyjściem.
Otworzył kolejną tubkę kleju. „Promocje to czasem dobra sprawa...gdyby nie te trzy tubki w cenie jednej... byłbym teraz...” pomyślał napełniając podniesioną z podłogi nakrętkę. Tym razem trzymał ją mocno, trochę pomagały mu w tym pobrudzone klejem palce, co jak się okazało, nie było zbyt dobrym rozwiązaniem, gdy następnie chciał postawić nakrętkę na stole. Na szczęście palce nie przywarły na tyle, by nie można było oderwać ich od nakrętki.
Niecierpliwa jesteś... Ten klej i cała z nim akcja jest właśnie po coś... Zaraz wyjaśnię.
Poczekał chwilę, aż resztki kleju na palcach stężeją, po czym delikatnie wziął stojący kubek i zbliżył go do nakrętki. Opary kleju powoli lecz systematycznie zaczęły odkrywać to na co czekał. Uśmiechnął się lekko widząc, jak ślady linii papilarnych tutejszego skryptariusza stają się coraz bardziej wyraźne. Ostra woń kleju wypełniała coraz bardziej celę, drażniąc zarówno nos, jak i oczy, dając przy okazji gorzki posmak w ustach. Lepiej chyba nie będzie... - stwierdził wrzucając nakrętkę, uprzednio zapakowaną w foliową torebkę, do stojącego w rogu kosza na śmieci.
Takie tam działania a'la mały technik czy techniczny mentor z czasów mojej młodości - Adam Słodowy... Nie, to akurat można zrobić. Słuchaj dalej...
Przemył ręce odrobiną ziołowej nalewki, sporządzanej w tutejszym klasztorze. Grymas, który pojawił się na jego twarzy mógł świadczyć jedynie o wewnętrznej walce. Jakkolwiek zabieg ten był konieczny, to marnotrawstwo zawsze pozostaje marnotrawstwem. Szybko uporał się z negatywnymi emocjami, jakie się pojawiły w związku z nietypowym wykorzystaniem trunku, którego smak i aromat ceniony jest wszędzie tam, gdzie choć raz go kosztowano.
Trzeba znać smak tej nalewki, aby to zrozumieć. A owszem, dane mi było popróbować.
Z pewnością, spokój wewnętrzny pojawił się tylko dlatego, że uronione parę mililitrów nalewki, w założeniu miało ochronić jego lustrzankę przed zgubnymi skutkami spotkania z klejem. Obmywszy ręce, wyjął ją delikatnie ze starej szafy i rozglądając się po celi stwierdził, że stopień natężenia światła jest przynajmniej niezadowalający. Na szczęście, kiedy rano robił zakupy w markecie pomyślał i o tym. Energooszczędna, spiralna świetlówka Philipsa może nie była zbyt tania, ale za to miała moc 145 watów, co powinno wystarczyć na wykonanie dobrego zdjęcia, które będzie mogło być wykorzystane w dalszej części realizacji planu. „Dobrze, że jej moc znamionowa to tylko 32 waty, bo inaczej znowu dopaść by mnie mogły jakieś wewnętrzne rozterki, gdyż nie byłoby po chrześcijańsku narażać gościnnych braciszków na ponadplanowe wydatki” - pomyślał, dokonując zamiany starej żarówki na nową.
- No teraz to będzie iluminacja...żeby tylko żadnemu z braciszków nie przyszło do głowy, że to jakiś niebiański blask towarzyszący objawieniom – roześmiał się na samą myśl, jednocześnie balansując na stołku ustawionym na stole, w celu wymiany źródła światła w wysokiej celi.
Tak, przyznam ci rację, chociaż uważam ten opis za uzasadniony. Żadne tam wodolejstwo, no i bynajmniej nie po to by sztucznie zwiększyć objętość powieści.
Tak swoją drogą to chyba niczego nie pomyliłem... Nie, wszystko dobrze. Tak właśnie się to robi... znaczy specjaliści tak działają.
- Profesjonalnie... - westchnął patrząc na uwieczniony na fotografii odcisk palca brata skryptariusza. Ślady linii papilarnych wyraźnie odcinały się od tła. „Nie będę miał zbyt wiele pracy przy obróbce” - przemknęło mu przez myśl, kiedy podłączał aparat do swojego laptopa. W istocie niewielki retusz sprawił, że ślad palca idealnie nadawał się do druku. Trójwymiarowy wydruk spełniał założone oczekiwania. Ostrożnie naniósł nań klej stolarski. Mimo że wydawał się być dużo spokojniejszy niż kilkanaście minut wcześniej, to oczekiwanie na stężenie kleju zdawało się temu przeczyć. Czas dłużył się niemiłosiernie. Znów wróciło to dziwne uczucie, będące wypadkową podniecenia, euforii i lęku. Czuł jak serce nagle zaczęło mocniej i szybciej pracować, do tego stopnia, że odczuwał ból. Uspokajał się, korzystając z wiedzy wyniesionej ze szkoły medycznej, że to tylko wina zaburzonego oddechu, który rzeczywiście stał się krótki i płytki. „W sumie to nawet dobrze, taki oddech zwiększa ilość tlenu we krwi” pomyślał. Jednak spierzchnięte usta i wyschnięta śluzówka nosa dawały jasny sygnał, że nie tylko on psychicznie źle radzi sobie z sytuacjami stresowymi, ale i sam organizm nie jest w stanie podołać procesom fizjologicznym zachodzącym pod jego wpływem.
Kończyło się w końcu szkołę medyczną...
Nerwowo chodził po celi, przysiadając co chwilę i gwałtownie się podrywając. Na szczęście klej w końcu zamienił się w elastyczną błonę. Delikatnie oderwał ją od folii z trójwymiarowym wydrukiem, odciął nadmiar dookoła śladu i przymierzył do swojego palca.
- Idealnie... Taadaam... Sezamie otwórz się – nie był w stanie powstrzymać emocji. Oby tylko wszystko zadziałało w odpowiednim momencie.
Ja tam myślę, że ciekawie się zapowiada. Dobrze, że podzielasz moje zdanie, ciekawe czy ktoś jeszcze. W każdym razie nie zamierzam się poddawać.
Najwyżej odświeżymy w sobie to co i tak wiecznie żywe jest...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz