Tej historii nie trzeba wymyślać... w końcu oglądały oczy moje...
Mówiłem już i za Saulem Bellow'em powtórzę: "To nie jest autobiografia.
Ja tylko z prawdziwej przyjaźni użyczyłem swoim bohaterom z własnego
życia tego, co mogłoby im się przydać." Tak, wiem, wiem...z naszego
życia.
Oprawiłem w ramy luźne obrazy, które na przestrzeni życia stały się moje
i ustawiłem je w jakiś logiczny ciąg. Pewnie, że chciałem pokazać pewne
prawdy...
Powrót Gerarda z klasztoru Marii Magdaleny... Nowicjat przygotował go do
życia we wspólnocie...posłuszne wykonywanie poleceń, wszystko w
wyznaczonym czasie, operowanie poglądami przełożonych...
To ładnie i kolorowo wygląda z zewnątrz, od wewnątrz jest czarno-białe,
jak cysterski habit Gerarda. Zresztą też nie tak, jest szare... ta biel i
czerń nie są oddzielone, to wszystko się rozmywa... Intrygi, zawieranie
podejrzanych układów, walka o lepszą pozycję... jak w stadzie wilków,
naprawdę. Co to za wspólnota, przyjaźń, kiedy musisz uważać, co mówisz,
bo zawsze jest ryzyko, że możesz być sprzedany za biblijną miskę
soczewicy, jak chwilowe uznanie w oczach przełożonych,...
Tam nic nie jest trwałe...
Ale wracając do Gerarda... Kto pamięta "Dorosłe dzieci" zespołu Turbo? Przypomnę...
Nauczyli nas regułek i dat
Nawbijali nam mądrości do łba
Powtarzali, co nam wolno, co nie
Przekonali, co jest dobre, co złe
Odmierzyli jedną miarą nasz dzień
Wyznaczyli czas na pracę i sen
Nie zostało pominięte już nic
Tylko jakoś wciąż nie wiemy, jak żyć
Dorosłe dzieci mają żal
Za kiepski przepis na ten świat
Dorosłe dzieci mają żal
Że ktoś im tyle życia skradł
Nauczyli nas, że przyjaźń to fałsz
Okłamali, że na wszystko jest czas
Powtarzali, że nie wierzyć to błąd
Przekonali, że spokojny jest dom
Odmierzyli każdy uśmiech i grosz
Wyznaczyli niepozorny nasz los
Nie zostało pominięte już nic
Tylko jakoś wciąż nie wiemy, jak żyć
Nawbijali nam mądrości do łba
Powtarzali, co nam wolno, co nie
Przekonali, co jest dobre, co złe
Odmierzyli jedną miarą nasz dzień
Wyznaczyli czas na pracę i sen
Nie zostało pominięte już nic
Tylko jakoś wciąż nie wiemy, jak żyć
Dorosłe dzieci mają żal
Za kiepski przepis na ten świat
Dorosłe dzieci mają żal
Że ktoś im tyle życia skradł
Nauczyli nas, że przyjaźń to fałsz
Okłamali, że na wszystko jest czas
Powtarzali, że nie wierzyć to błąd
Przekonali, że spokojny jest dom
Odmierzyli każdy uśmiech i grosz
Wyznaczyli niepozorny nasz los
Nie zostało pominięte już nic
Tylko jakoś wciąż nie wiemy, jak żyć
Niesamowicie uniwersalny tekst, masz rację. Ale wierz mi, idealnie
oddaje sytuację nowicjatu... Gerard jest zagubiony... Ale, ale... za
chwilę opowiem ci ten rozdział i nie będzie ciekawie... Powiem tylko, że
optymistyczna końcówka utworu Turbo nie stanie się mottem Gerarda...
Ci, którzy biorą sobie do serca...
Nauczymy się więc sami na złość
Spróbujemy, może uda się to
Rozpoczniemy od początku nasz kurs
Przekonamy się, czy twardy ten mur
Odmierzymy, ile siły jest w nas
Wyznaczymy sobie miejsce i czas
A gdy zmienią się reguły tej gry
Może w końcu odkryjemy, jak żyć
Nauczymy się więc sami na złość
Spróbujemy, może uda się to
Rozpoczniemy od początku nasz kurs
Przekonamy się, czy twardy ten mur
Odmierzymy, ile siły jest w nas
Wyznaczymy sobie miejsce i czas
A gdy zmienią się reguły tej gry
Może w końcu odkryjemy, jak żyć
...odchodzą do tego, co w klasztorze określa się mianem świata...
Nad Prowansją na dobre zapadał zmrok. Gerard nie znosił prowadzić
samochodu o tej porze, kiedy dzień ustępował nocy. Miał nadzieję, że
wizyta w klasztorze Marii Magdaleny nie będzie tak długa, przez co
uniknie podróży o tej porze, względnie będzie już na tyle blisko swojego
klasztoru, że półmrok zmierzchu będzie musiał ustąpić przed znajomością
drogi. Niestety, wszystko zajmuje znacznie więcej czasu, niż może się
pierwotnie wydawać, co już dawno zauważył klasyk antropologii
stosowanej, niejaki Murphy. Gerard kolejny raz musiał zgodzić się z jego
teorią.
Kiedy ciężkie drzwi klasztornej furty zamykały się za nim z charakterystycznym zgrzytem, otwarta przestrzeń przybrana była jeszcze w światło zachodzącego słońca. Jednak wiosenne dni charakteryzuje ten szczególny, nagły przeskok od światła do ciemności. Zmierzch pojawia się nagle. Nie, żeby nie można było określić kiedy, ale przejście od dnia do nocy nie stanowi jakiegoś procesu rozciągniętego w czasie. Dość powiedzieć, że w niecałe dwa kwadranse, niebo na wschodzie stało się już zupełnie czarne, a tylko na zachodzie widoczny był krwawy pas, ślad po słońcu.
Mimo nielubianej pory dnia, młody zakonnik prowadził wysłużone już audi z młodzieńczą werwą, nie zważając na niedoskonałości wiejskiej drogi i nie najlepszą jednak widoczność. Strzałka prędkościomierza przemieszczała się w sektorze 120 - 140, głośniki rozprzestrzeniały muzykę z jakiejś listy przebojów, uchylona szyba ze świstem wpuszczała do środka rześkie powietrze, a Gerard delektował się pędem, dumny z siebie i dobrze wykonanego zadania.
Nagle w świetle reflektorów dostrzegł ciemną sylwetkę człowieka. Odbił kierownicą w lewo, aby bezpiecznie go wyminąć. Mimo to kątem oka dostrzegł wyciągniętą rękę, którą piechur sygnalizował potrzebę skorzystania z uprzejmości kierowcy auta i podwiezienia chociaż do najbliższej wioski. Gerard nie zamierzał się zatrzymywać, jednak po chwili nagle pojawiła się potrzeba zabrania tego autostopowicza. Zwolnił trochę i korzystając z umiejętności zdobytych w czasach, które nazywał okresem "kiedy nie chodził do kościoła", kiedy zdarzało mu się uczestniczyć w nie do końca legalnych wyścigach samochodowych, z piskiem opon zawrócił auto. Ten sam manewr powtórzył nieopodal autostopowicza, który obawiając się o swoje zdrowie i życie uskoczył do przydrożnego rowu. Gerard przechylił się aby otworzyć drzwi i zaprosić go do środka. W mizernym świetle zauważył jak ten wychodząc z rowu strzepuje z ubrania piach, którym Gerard zawracając raczył go obsypać.
Przeprosił niedbale, rozbawiony raczej sytuacją niż obarczony poczuciem winy.
- Nie szkodzi, nic się nie stało - odpowiedział autostopowicz. Dopiero teraz Gerard zauważył, że jest on kobietą. Młodą, obiektywnie rzecz ujmując, ładną kobietą. Wraz z tym odkryciem ustąpiło owo pierwotne rozbawienie. Chcąc odbudować relacje, poszedł w klasykę - stawiając na uroki towarzyskiej konwersacji.
- Gdzie to dobry Bóg prowadzi? - rozpoczął, kiedy dziewczyna zapinała pasy - Mam nadzieję, że nie wystraszyłem za bardzo...
- Jak na zakonnika specyficzny styl jazdy - roześmiała się.
Gerard poczuł ogarniającą go falę gorąca. Skąd niby mogła wiedzieć, kim jest, kiedy zaraz po powrocie do auta zdjął habit i schował go do bagażnika? W każdym razie musiał mieć nieszczególnie mądrą minę, bo dziewczyna zaraz dodała:
- Zaskoczyłam odkryciem? Mogłabym powiedzieć, że takie brewiarzowe twarze rozpoznaje się natychmiast i pewnie byłaby to prawda... ale tam skąd...- na chwilę się zawahała, nie wiedząc jak się do niego zwrócić.
- Gerard, jestem Gerard...- szybko wyciągnął rękę w reakcji na jej zakłopotanie.
- Jeanine - podała mu rękę i natychmiast zabrała z powrotem.
- A zatem tam skąd... - Gerard na nowo poczuł się sobą.
- Ach tak, chciałam powiedzieć, że tam skąd... skąd jedziesz, jest tylko klasztor i kilkunastu mieszkańców. Tym drugim nie jesteś, a zatem musisz być z klasztoru. O tej porze turystów jak na lekarstwo i z pewnością nie o tej godzinie...więc zgadłam? - bardziej stwierdziła jak zapytała.
- A skąd wiesz, że nie jestem mieszkańcem?
- Bo ja nim jestem? Wychowałam się tu...- dodała - Poza tym aktualnie w klasztorze Opus Dei ma jakieś spotkanie, więc wiem, że mimo pozornego braku ochrony, nie sposób tam się dostać, ot tak sobie...
- Opus Dei?
Odwróciła głowę w jego kierunku i znacząco się uśmiechnęła.
- Właśnie o tym mówię. Nikt nic nie wie, żadnego spotkania, a klasztor tętni życiem. Ładnie to tak kłamać?
- Kiedy ja...
- A potem zdziwienie, że się jest do masonerii porównywanym. Może ty zechcesz mi powiedzieć, skąd taka tajemnica wokół Opus?
- Wierz mi, chciałbym ci odpowiedzieć na to pytanie, ale mam dziwne wrażenie, że wiem jeszcze mniej od ciebie. Cóż Opus nie jest tym o czym mówi się na wykładach. Poza tym nie każdy w habicie ma związek z Opus...
- Skoro tak mówisz... Jednak przyznasz mi rację, że nie każdy też pojawia się przypadkiem na spotkaniu Opus. Ale oczywiście jak nie chcesz to nie mów, doskonale wiem, co znaczy dochować tajemnicy - odwróciła się w jego kierunku, jakby chciała podkreślić ważność wypowiedzianych słów.
- Akurat dla mnie nie jest to problemem. Nie muszę strzec tajemnicy, bo tak się składa, że nie zdążyłem jej poznać, choć w małej części... A tak w ogóle, to skąd u ciebie takie zainteresowanie Dziełem?
- Lubię być dobrze poinformowana. Poza tym uważam się za osobę wierzącą...
- Inni mają odmienne zdanie?
- Nie, skądże... Tak powiedziałam, bo jestem osobą poszukującą raczej. Szukam zrozumienia dla tego, w co wierzę...
- To nic złego, więcej powiem tak być powinno. Tylko wówczas wiara jest pełna...
- Czy ja wiem? Im bardziej szukam, tym więcej rozterek doznaję. W samym klasztorze u Marii Magdaleny niezły tygiel jest...
- Znaczy?
- Przedsoborowcy, Opus Dei, inni tacy, że nawet trudno nazwać te grupy... nic tu nie jest jednoznaczne. Uprzedzając twoją odpowiedź powiem od razu, że nie o liturgię mi chodzi. To wszystko zionie... tajemnicą? Nie, nie wiem czy to dobre słowo, ale magia też byłaby nie na miejscu, niemniej mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi...
- Domyślam się... Ale piękno Kościoła jest w tej wielości...
- Nie, nic nie rozumiesz. Chciałbyś rozumieć, chciałbyś to prosto ująć, ale tak się nie da, bo wciąż komuś zależy żeby dzielić, a nie łączyć.
Gerard zaczynał żałować swojej decyzji o zabraniu tej dziewczyny. Nie był przygotowany na tego typu rozmowę, co więcej nie miał ochoty na drążenie tego tematu. Wiedział, że kompletnie nie ma pojęcia, co powiedzieć. Przecież uczyli go pokory, ślepego posłuszeństwa, a nie wyrażania własnych opinii, obrony własnego zdania... Czuł się przyparty do muru. Miał świadomość, że nie jest w stanie uciec od odpowiedzi na pytania dziewczyny. W tej chwili zdał też sobie sprawę, że mimo kilku lat spędzonych w zakonie nie jest w ogóle przygotowany na tego typu zdarzenia. Postulat, nowicjat...i zupełnie zagubiony wobec człowieka, który chce po prostu pogadać o wierze. Już łatwiej byłoby rozmawiać o uprawie ogrodu, hodowli zwierząt, środkach czyszczących... Wszystkiego nauczyli, i życia wspólnotowego i pracy i kombinatorstwa nawet i jak się ustawić na drabinie hierarchii, tylko nie rozmowy, rzeczowej rozmowy o wierze.
Czy nie mogła mnie po prostu spróbować uwieść? Tak normalnie...przecież chyba taki straszny nie jestem - przebiegło mu przez myśl. Teraz jednak powinien coś mądrego powiedzieć...
- Wierz mi, ogarniam to. Tyle, że znam po prostu swoje miejsce...
- Bo tak chcesz, czy tak ci powiedzieli? Zastanów się zanim odpowiesz...
Znowu go zaskoczyła. Znał przecież swoje miejsce, ale chciał sięgać wyżej. Po to przecież jechał dziś do klasztoru Marii Magdaleny, choć wielu rzeczy nie był świadomy.
- Może będzie jeszcze okazja dokończyć tę rozmowę - powiedziała nagle, przerywając ciszę, w czasie której Gerard próbował zbudować logiczne zdanie, jako odpowiedź na postawione mu pytanie - Teraz, gdybym mogła cię prosić, abyś mnie tu gdzieś wysadził, bo przypuszczam, że spieszysz się do Ardene... Na mnie czeka Paryż...może tam znajdę coś więcej.
Gerard kolejny raz poczuł się zaskoczony i nie bardzo potrafił zebrać myśli. Czyżby ta dziewczyna znała wszystkie klasztory we Francji... jest jasnowidzem czy kim u licha? - pomyślał przerażony. Trzask zamykanych drzwi, dla Gerarda zdawał się być równie słodki jak szczęk zamykanych przez św. Piotra bram nieba. W tej chwili było to chyba najlepsze porównanie...
Dziewczyna wysiadła na przydrożnej stacji paliw, aby wśród zaparkowanych ciężarówek szukać możliwości kontynuacji podróży. Gerard odetchnął z ulgą i ruszył w dalszą drogę do swojego klasztoru. Rozmowa z dziewczyną uwiadomiła mu, że zupełnie nie potrafi określić siebie. Poza tym obnażyła boleśnie jego braki, wobec których nawet dziesiątki dobrych informacji, takich jak przekazana dzisiaj, są jak biblijna plewa. Kariera wymaga dyplomacji, a ta była dla niego abstrakcją. Na szczęście bolesna lekcja przyszła w odpowiednim momencie. Przynajmniej tak to odbierał.
Kiedy ciężkie drzwi klasztornej furty zamykały się za nim z charakterystycznym zgrzytem, otwarta przestrzeń przybrana była jeszcze w światło zachodzącego słońca. Jednak wiosenne dni charakteryzuje ten szczególny, nagły przeskok od światła do ciemności. Zmierzch pojawia się nagle. Nie, żeby nie można było określić kiedy, ale przejście od dnia do nocy nie stanowi jakiegoś procesu rozciągniętego w czasie. Dość powiedzieć, że w niecałe dwa kwadranse, niebo na wschodzie stało się już zupełnie czarne, a tylko na zachodzie widoczny był krwawy pas, ślad po słońcu.
Mimo nielubianej pory dnia, młody zakonnik prowadził wysłużone już audi z młodzieńczą werwą, nie zważając na niedoskonałości wiejskiej drogi i nie najlepszą jednak widoczność. Strzałka prędkościomierza przemieszczała się w sektorze 120 - 140, głośniki rozprzestrzeniały muzykę z jakiejś listy przebojów, uchylona szyba ze świstem wpuszczała do środka rześkie powietrze, a Gerard delektował się pędem, dumny z siebie i dobrze wykonanego zadania.
Nagle w świetle reflektorów dostrzegł ciemną sylwetkę człowieka. Odbił kierownicą w lewo, aby bezpiecznie go wyminąć. Mimo to kątem oka dostrzegł wyciągniętą rękę, którą piechur sygnalizował potrzebę skorzystania z uprzejmości kierowcy auta i podwiezienia chociaż do najbliższej wioski. Gerard nie zamierzał się zatrzymywać, jednak po chwili nagle pojawiła się potrzeba zabrania tego autostopowicza. Zwolnił trochę i korzystając z umiejętności zdobytych w czasach, które nazywał okresem "kiedy nie chodził do kościoła", kiedy zdarzało mu się uczestniczyć w nie do końca legalnych wyścigach samochodowych, z piskiem opon zawrócił auto. Ten sam manewr powtórzył nieopodal autostopowicza, który obawiając się o swoje zdrowie i życie uskoczył do przydrożnego rowu. Gerard przechylił się aby otworzyć drzwi i zaprosić go do środka. W mizernym świetle zauważył jak ten wychodząc z rowu strzepuje z ubrania piach, którym Gerard zawracając raczył go obsypać.
Przeprosił niedbale, rozbawiony raczej sytuacją niż obarczony poczuciem winy.
- Nie szkodzi, nic się nie stało - odpowiedział autostopowicz. Dopiero teraz Gerard zauważył, że jest on kobietą. Młodą, obiektywnie rzecz ujmując, ładną kobietą. Wraz z tym odkryciem ustąpiło owo pierwotne rozbawienie. Chcąc odbudować relacje, poszedł w klasykę - stawiając na uroki towarzyskiej konwersacji.
- Gdzie to dobry Bóg prowadzi? - rozpoczął, kiedy dziewczyna zapinała pasy - Mam nadzieję, że nie wystraszyłem za bardzo...
- Jak na zakonnika specyficzny styl jazdy - roześmiała się.
Gerard poczuł ogarniającą go falę gorąca. Skąd niby mogła wiedzieć, kim jest, kiedy zaraz po powrocie do auta zdjął habit i schował go do bagażnika? W każdym razie musiał mieć nieszczególnie mądrą minę, bo dziewczyna zaraz dodała:
- Zaskoczyłam odkryciem? Mogłabym powiedzieć, że takie brewiarzowe twarze rozpoznaje się natychmiast i pewnie byłaby to prawda... ale tam skąd...- na chwilę się zawahała, nie wiedząc jak się do niego zwrócić.
- Gerard, jestem Gerard...- szybko wyciągnął rękę w reakcji na jej zakłopotanie.
- Jeanine - podała mu rękę i natychmiast zabrała z powrotem.
- A zatem tam skąd... - Gerard na nowo poczuł się sobą.
- Ach tak, chciałam powiedzieć, że tam skąd... skąd jedziesz, jest tylko klasztor i kilkunastu mieszkańców. Tym drugim nie jesteś, a zatem musisz być z klasztoru. O tej porze turystów jak na lekarstwo i z pewnością nie o tej godzinie...więc zgadłam? - bardziej stwierdziła jak zapytała.
- A skąd wiesz, że nie jestem mieszkańcem?
- Bo ja nim jestem? Wychowałam się tu...- dodała - Poza tym aktualnie w klasztorze Opus Dei ma jakieś spotkanie, więc wiem, że mimo pozornego braku ochrony, nie sposób tam się dostać, ot tak sobie...
- Opus Dei?
Odwróciła głowę w jego kierunku i znacząco się uśmiechnęła.
- Właśnie o tym mówię. Nikt nic nie wie, żadnego spotkania, a klasztor tętni życiem. Ładnie to tak kłamać?
- Kiedy ja...
- A potem zdziwienie, że się jest do masonerii porównywanym. Może ty zechcesz mi powiedzieć, skąd taka tajemnica wokół Opus?
- Wierz mi, chciałbym ci odpowiedzieć na to pytanie, ale mam dziwne wrażenie, że wiem jeszcze mniej od ciebie. Cóż Opus nie jest tym o czym mówi się na wykładach. Poza tym nie każdy w habicie ma związek z Opus...
- Skoro tak mówisz... Jednak przyznasz mi rację, że nie każdy też pojawia się przypadkiem na spotkaniu Opus. Ale oczywiście jak nie chcesz to nie mów, doskonale wiem, co znaczy dochować tajemnicy - odwróciła się w jego kierunku, jakby chciała podkreślić ważność wypowiedzianych słów.
- Akurat dla mnie nie jest to problemem. Nie muszę strzec tajemnicy, bo tak się składa, że nie zdążyłem jej poznać, choć w małej części... A tak w ogóle, to skąd u ciebie takie zainteresowanie Dziełem?
- Lubię być dobrze poinformowana. Poza tym uważam się za osobę wierzącą...
- Inni mają odmienne zdanie?
- Nie, skądże... Tak powiedziałam, bo jestem osobą poszukującą raczej. Szukam zrozumienia dla tego, w co wierzę...
- To nic złego, więcej powiem tak być powinno. Tylko wówczas wiara jest pełna...
- Czy ja wiem? Im bardziej szukam, tym więcej rozterek doznaję. W samym klasztorze u Marii Magdaleny niezły tygiel jest...
- Znaczy?
- Przedsoborowcy, Opus Dei, inni tacy, że nawet trudno nazwać te grupy... nic tu nie jest jednoznaczne. Uprzedzając twoją odpowiedź powiem od razu, że nie o liturgię mi chodzi. To wszystko zionie... tajemnicą? Nie, nie wiem czy to dobre słowo, ale magia też byłaby nie na miejscu, niemniej mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi...
- Domyślam się... Ale piękno Kościoła jest w tej wielości...
- Nie, nic nie rozumiesz. Chciałbyś rozumieć, chciałbyś to prosto ująć, ale tak się nie da, bo wciąż komuś zależy żeby dzielić, a nie łączyć.
Gerard zaczynał żałować swojej decyzji o zabraniu tej dziewczyny. Nie był przygotowany na tego typu rozmowę, co więcej nie miał ochoty na drążenie tego tematu. Wiedział, że kompletnie nie ma pojęcia, co powiedzieć. Przecież uczyli go pokory, ślepego posłuszeństwa, a nie wyrażania własnych opinii, obrony własnego zdania... Czuł się przyparty do muru. Miał świadomość, że nie jest w stanie uciec od odpowiedzi na pytania dziewczyny. W tej chwili zdał też sobie sprawę, że mimo kilku lat spędzonych w zakonie nie jest w ogóle przygotowany na tego typu zdarzenia. Postulat, nowicjat...i zupełnie zagubiony wobec człowieka, który chce po prostu pogadać o wierze. Już łatwiej byłoby rozmawiać o uprawie ogrodu, hodowli zwierząt, środkach czyszczących... Wszystkiego nauczyli, i życia wspólnotowego i pracy i kombinatorstwa nawet i jak się ustawić na drabinie hierarchii, tylko nie rozmowy, rzeczowej rozmowy o wierze.
Czy nie mogła mnie po prostu spróbować uwieść? Tak normalnie...przecież chyba taki straszny nie jestem - przebiegło mu przez myśl. Teraz jednak powinien coś mądrego powiedzieć...
- Wierz mi, ogarniam to. Tyle, że znam po prostu swoje miejsce...
- Bo tak chcesz, czy tak ci powiedzieli? Zastanów się zanim odpowiesz...
Znowu go zaskoczyła. Znał przecież swoje miejsce, ale chciał sięgać wyżej. Po to przecież jechał dziś do klasztoru Marii Magdaleny, choć wielu rzeczy nie był świadomy.
- Może będzie jeszcze okazja dokończyć tę rozmowę - powiedziała nagle, przerywając ciszę, w czasie której Gerard próbował zbudować logiczne zdanie, jako odpowiedź na postawione mu pytanie - Teraz, gdybym mogła cię prosić, abyś mnie tu gdzieś wysadził, bo przypuszczam, że spieszysz się do Ardene... Na mnie czeka Paryż...może tam znajdę coś więcej.
Gerard kolejny raz poczuł się zaskoczony i nie bardzo potrafił zebrać myśli. Czyżby ta dziewczyna znała wszystkie klasztory we Francji... jest jasnowidzem czy kim u licha? - pomyślał przerażony. Trzask zamykanych drzwi, dla Gerarda zdawał się być równie słodki jak szczęk zamykanych przez św. Piotra bram nieba. W tej chwili było to chyba najlepsze porównanie...
Dziewczyna wysiadła na przydrożnej stacji paliw, aby wśród zaparkowanych ciężarówek szukać możliwości kontynuacji podróży. Gerard odetchnął z ulgą i ruszył w dalszą drogę do swojego klasztoru. Rozmowa z dziewczyną uwiadomiła mu, że zupełnie nie potrafi określić siebie. Poza tym obnażyła boleśnie jego braki, wobec których nawet dziesiątki dobrych informacji, takich jak przekazana dzisiaj, są jak biblijna plewa. Kariera wymaga dyplomacji, a ta była dla niego abstrakcją. Na szczęście bolesna lekcja przyszła w odpowiednim momencie. Przynajmniej tak to odbierał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz